wtorek, 4 grudnia 2012

Cherub - Kara (książka napisana przez czytelnika)


Szukając...


Szukając w sieci dodatkowych opowiadań dotyczących Cheruba, aby umilić Wam chodź odrobinę spędzanie tych zzzzimnych grudniowych wieczorów natknąłem się na opowiadanie (a może raczej próbę napisania własnej części Cheruba) napisane przez Marka Kilkona. Na razie zamieszczone zostały 3 rozdziały i nie jestem pewien czy zostaną opublikowane kolejne. Poniżej zamieszczam całość opublikowaną do tej pory, a na samym dole artykułu ważna informacja!


Cherub - kara


1. POWÓD 
Kwiecień 2005 (pierwsze miesiące z książki "Ucieczka") 
Kyle czuł się świetnie jako dusza towarzystwa, stawiając wszystkim hot-dogi i colę, za niedużą fortunę jaką zbił na wypalaniu pirackich płyt z filmami dla połowy kampusu. Radował się także podłym nastrojem Jamesa, który mimo iż wziął kilka darmowych lekcji za kupon wycięty z ulotki, niemiłosiernie przegrywał. Świętująca z powodu własnego strajka Gabrielle, podeszła do niego, żeby go pocieszyć, zwalniając tor. Tymczasem Kyle zajął miejsce dziewczyny, wziął kulę z podajnika i zamachnął się potężnie. Rozpędzona kula rozbiła większość kręgli, zostawiając na torze tylko dwa piony, czwórkę i siódemkę po lewej stronie pola. Kolejny rzut jednak i załatwił i ten duet. 
- James, twoja runda! - zawołał Kyle, cieszący się ze swojego sukcesu. 
Kula Jamesa, wyglądała na rzuconą pewnie i Kyle obserwował nadzieję w oczach Jamesa, oraz to jak pryska, gdyż rzucił nie strącając dwóch skrajnych, przeciwnych do siebie pionków - siódemki i dziesiątki. 
- Ale split! - zawołał Kyle, klepiąc się w uda z uciechy - Już po tobie, Adams. Nie trafisz nawet za milion lat. - szydził. 
Potężnie wnerwiony James zamachnął się bardzo mocno. Za mocno. Toczyła się za szybko i Kyle od razu spostrzegł gdzie zmierza pocisk. Załamany James modlił się by kula nie zleciała z toru, lecz ta, nieusłuchanie, wciąż zbliżała się do krawędzi i ostatecznie wleciała do rynny kilka metrów przed kręglami. 
Kyle triumfował - Osiem punktów i kanał! - piszczał z uciechy, dołując kolegę - Może lepiej spytaj wychowawcę, czy możesz poćwiczyć z juniorami? 
Załamany James przysiadł się spowrotem do Gabrielli, a Kyle udał się do toalety. Wychodząc zobaczył Calluma nieudolnie rzucającego swoją kulą do kręgli. Zaraz potem usłyszał także wrzask Gabrielli. Podbiegł razem z bliźniakami pod rząd plastikowych krzeseł i jednym susem przeskoczyli go. Ujrzał jak dziewczyna zmaga się z jakimś fanem Tottenhamu uczepionym jej pleców, a Jamesa jak podcina jakiegoś, najwyraźniej, przyjaciela osiłka. Zobaczył także trzech innych łobuzów zbliżających się do jego młodszego kolegi, więc ruszył mu z odsieczą. 
Zaczął od największego. Wyprowadził kilka ciosów i kopnął dryblasa w brzuch, lecz poczuł, że jego druga noga została podcięta i obracając się wokół własnej osi trafił podcinającego przeciwnika pięścią w twarz omal nie trafiając swoją tenisówką głowy Jamesa, który leżał pod plątaniną ciał i kończyń, nie wyglądając jakoby miał jakiekolwiek szanse, żeby wstać. Kyle nie miał takich problemów. Wstał trzymając kurczowo nogi któregoś z osiłków i powodując jego przewrót. Rozejrzał się czy ktoś jeszcze potrzebuje pomocy lecz wynik okazywał się przesądzony. Fan Tottenhamu leżał, bez chęci wstania, na podłodze, tak jak i reszta jego przyjaciół, jęczących z bólu o różnym stopniu nasilenia. Ciasny krąg cherubinów był gotowy zaatakować chuliganów przy ich choćby najmniejszym fałszywym ruchu. 
Kyle gorączkowo myślał co spowodowało bijatykę i doszedł do konkluzji, iż musiał być to James z nieporozumieniem na tle sportowym. Niestety nie mógł go zapytać teraz, żeby nie prowokować opiekunów. Pozo-stali też nie wyglądali jakby mieli teraz o tym rozgadać na potęgę. Wiedzieli, że konsekwencje tego występku, będą surowymi karami. 
W mikrobusie wiozącym ich z kręgielni do kampusu Kyle zadał nurtujące go już od dobrych kilkunastu minut pytanie. 
- Czy ktoś mógłby mi łaskawie powiedzieć, co się tam stało?! - zapytał omal nie wybuchając z wściekłości, ale wciąż mówiąc cicho z powodu opiekunów siedzących z przodu - Bo chcę wiedzieć chociaż za co będę biegał te cholerne okrążenia! 
James zaczął tłumaczyć. 
- No wiesz, więc siedzieliśmy sobie i ten gościu, co po-tem Gab miała go na plecach i jakiś tam jego psiapsiółek oblewali nas colą więc... 
- Więc postanowiłeś, że mu wklepiesz, bo jest tylko, jak ty to mówisz, tottenhańskim debilem, tak?! - przerwał mu Kyle podniesionym głosem. 
Na to odezwał się opiekun do jego partnerki na miejscu pasażera, śmiejąc się pod nosem. 
- Patrz martwią się o swoją bójkę. Ach, jakbym ja chciał wrócić do czasów kiedy jedynym mym zmartwieniem były kary Maca... 
Dzieci odwróciły się do przodu, lecz po chwili Ja-mes, jeszcze ciszej niż przed chwilą, kontynuował się tłu-maczyć. 
- To, że był tottenhańskim debilem, nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Ale po tym jak nazwał Gab bambusem, to ona mu przyłożyła, no i pojawili się jego kumple, a resztę już znasz... 
- Zaraz, Gab, wyzywali cię od bambusa?! - oburzył się Kyle - A to tottenhamskie świnie. No cóż... Myślę Gab, że byłaś jawnie sprowokowana więc nie sądzę, iż było by fair, gdybyś tylko ty dostała karę, zresztą my też się biliśmy, prawda? 
- Nie, nie prawda! - odpowiedziała urażona dziewczyna - To ja rozpoczęłam bójkę i ja zamierzam ponieść karę! 
- O nie, nie, nie! Demokratyczne społeczeństwo, kochana! Więc demokratycznie też zagłosujmy: kto jest za tym by Gabi poniosła sama karę nie podnosi ręki, a kto, że wszyscy powinni, ręce w górę. - powiedział James. 
Kyle podniósł rękę razem z Jamesem, a potem ręce podnieśli bliźniaki, aby się przypodobać Gabrielli. Jedyną osobą, która nie podniosła ręki była ona sama. Mrużąc oczy, naburmuszona powiedziała. 
- Jesteście okropni! Kocham was. 
Cherubini uśmiechnęli się niezręcznie. Okolica, coraz bliższa kampusu przypominała, że kara zbliża się z prędkością mikrobusa którym jechali. 

2. URODZINY 
Adam kończył szorować podłogę w jednym z pokoi domu spokojnej starości na przedmieściach New Ross. Elma, starszawa rezydentka pomieszczenia, która skończyła niedawno 85 lat, była jego ulubioną pensjonarką. Siwe kręcone włosy i siateczka zmarszczek od wiecznego uśmiechania się oraz zawsze wesoły humor powodowały, że chłopak odwiedzał jej lokum jako ostatnie aby mieć więcej czasu na pogawędkę z nią. Emerytka opowiadała o swoim dzieciństwie z czasów II wojny światowej, jak radziła sobie wtedy Irlandia, o swoich chłopakach... Wpadała w wielką melancholię jak tylko ją odwiedzał, gdyż, jak mówiła, przypominał jej się jej brat. Podobno miał identyczne oczy. Niestety umarł zaraz po wojnie. 
Elma poczęstowała chłopaka karmelkami, które ten przyjął bez większego namysłu. Zwykle odpłacał się jakmiś dowcipami, które usłyszał w szkole, bądź aneg-dotkami życia codziennego. Często, jak wracał do pracy po wakacjach opowiadał o swojej wizycie w Polsce, na wsi. Jego mama dostała go w spadku po swoich rodzicach. 
Nie znał swojej babci. Dziadek dożył tylko szó-stych urodin swego wnuka. Wciąż pamiętał jak strasznie płakał na pogrzebie razem ze swoją mamą. Po tym wyda-rzeniu jego rodzina ograniczała się do jego matki, gdyż ojca nie znał. Mama nigdy mu nie powiedziała kim jest, gdyż, twierdziła, że też go nie zna. 
Jego mama pracowała wraz z nim w domu spo-kojnej starości. To ona załatwiła mu tą pracę, mimo tego, że ma dopiero dziewięć lat. Zwykle, około piętnastej, podjeżdża swoim rowerem do pracy jego mamy i tam pracuje przez trzy godziny sprzątając pokoje i odwiedza-jąc staruszków. Lubił tę pracę, mimo iż zabierała mu większość wolnego czasu. 
Był samotnikiem, nie zawierał przyjaźni z rówieś-nikami. W wolne dni studiował książki do informatyki dla studentów. Namiętnie wczytywał się w języki oprogramowań i tworzył programy komputerowe. Jego pecet składał się z mnóstwa podzespołów, które sam wybierał, kupował i montował. Niestety robił to już dawno, dobre kilka lat temu, więc komputer był przestarzały, a jego naprawa bądź ulepszenie kosztowałoby więcej, niż nowy komputer w Tesco. 
Lubił także jeździć rowerem. Jego mama nigdy nigdy nie zrobiła prawa jazdy, nawet nie posiadała samochodu. Mówiła, że auto to same ciągłe problemy i naprawy, a rower przynajmniej był niezawodny, prosty w obsłudze i naprawie oraz ekologiczny. W weekendy jak wybierali się na tygodniowe zakupy do Tesco oddalonym od ich domu o około 5 kilometrów, przyczepiali koszyki z tyłu i z przodu ich rowerów i ich nabytki nie powodo-wały żadnych problemów. Do Dublina jeździli busem, jeżeli było takie zapotrzebowanie. 
Po skończeniu szorowania, wrzucił starą i zużytą drewnianą szczotkę do swojego niebieskiego plastikowego wózka i rozsiadł się na drugim fotelu obok stolika i sięgnął po jeszcze jednego karmelka. Ze zmęczonym uśmiechem przetarł dłonią spocone czoło i odgarnął do tyłu swoje przydługawe blond włosy. 
- Gorąco ci, co? - zapytała Elma. 
- Oj, tak. To jest naprawdę upalny dzień. 
Po chwili jej uśmiech zniknął. 
- No i znów kończy się rok szkolny. Ach z kim ja będę rozmawiać przez te dwa miesiące... 
- Ale zawsze może pani polecieć pani na lato do Egiptu jak w tamtym roku. 
Staruszka mu przerwała, wzdrygając się. 
- Yh, nawet mi nie przypominaj. Za dużo dzieci, za dużo matek, ojców, słońca i podcierającej dupy obsługi. 
- Ale się pani przynajmniej opaliła. 
- Właśnie, wyglądałam jak murzynka przez kolejne trzy miesiące po tym feralnym wyjeździe. 
Adam w końcu nie wytrzymał, z podekscytowania. 
- Nawet nie zgadnie pani, jaki dziś jest dzień! 
- Twoje dziesiąte urodziny! - odpowiedziała równie rezolutnie starowinka. 
- A pani skąd to wie?! 
Wtedy Elma zadzwoniła wcześniej przygotowanym dzwonkiem i zawołała. 
- Wchodźcie! 
Drzwi pokoju otworzyły się i do pokoju weszła wpierw jego mama, z takimi samymi blond włosami i brązowymi oczami co jej syn, z tortem z dziesięcioma świeczkami na rękach, zaraz po niej dwie pielęgniarki, z którymi pracował, jedna pchająca na wózku inwalidzkim jego drugiego ulubieńca, pana Welsha, który po wypadku w fabryce był sparaliżowany od pasa w dół, a druga niosąca kilka paczek z prezentami. Za nimi weszło jeszcze kilka staruszków i zaczęli wszyscy śpiewać Happy Birthday. Panna Cunnigan, ta z pielęgniarek, która trzymała pudełka z podarunkami wręczyła mu je, a jego mama położyła ciasto na stoliku przy fotelach, na których to siedział z Elmą. 
Wytłumaczył sobie w głowie co zaszło. Jego mama nic nie mówiła, ani życzyła mu rano przed szkołą, ale z ogólnego podniecenia nic nie zauważył. W szkole, jak to w szkole bywa przed wakacjami, połowy uczniów albo już wyjechało, albo wagarują, a druga połowa przeczekuje lekcje, na których i tak się nic nie robi tylko ogląda filmy lub gra na Nintendo jeżeli nauczyciel dawał wolną rękę. Z ekscytacji, nie rozumiał także dziwnych chichotów jego podopiecznych w pracy, ani tego, że nikt do niego nic nie mówił od momentu przyjścia do pracy. Nikt nie chciał się wygadać o takiej niespodziance. 
Z letargu wyrwał go doping ludzi w pokoju by zdmuchnął świeczki. Skupił się na torcie. 
- Pomyśl życzenie! - krzyknął jeszcze pan Welsh. 
Adam zdmuchnął świeczki myśląc o życzeniu. Po namyśle, powiedział sobie w głowie:Chcę abym już za-wsze był taki szczęśliwy jak jestem teraz

3. SĄD 
Piątka agentów czekała przed gabinetem prezesa i oczekiwali, aż ich przyjmie. Po chwili z pokoju wyszła sekretarka Maca. 
- Cokolwiek nawyrabialiście, radzę wam dobrze okazać skruchę. Nie jest w zbyt dobrym nastroju. 
Grupa cherubinów skierowała się do środka. Kyle szedł odważnie pierwszy, za nim Gabrielle, po niej Callum i Connor, a na końcu wkroczył James. Pomieszczenie napawało dzieci o tak późnej porze, a była już wpół do jedenastej, strachem i coraz większym poczuciem winy. Mac nie zwrócił na nich najmniejszej uwagi, czytając jakiś dokument w swoich okularach, przy jasnym oświetleniu staromodnej, drewnianej lampki biurowej i porównując go z tekstem wyświetlanym na jego białym laptopie. Po chwili kliknął na coś myszką, a komputer wydał cichy akord i zgasł. Prezes zdjął okulary, zamknął klapę i przetarł pięśćmi zmęczone oczy. 
Popatrzał na zalęknione twarze przed sobą i za-myślił się. 
- Czy ktoś z was powie mi, jak doszło do dzisiejszej bójki w kręgielni? - zapytał, w myślach nieoczekując żadnej szczerej odpowiedzi. Sam przed laty był cherubinem i wiedział jak sprawa wygląda z drugiej strony biurka. 
Kyle, jako najstarszy poczuł się w odpowiedzialności za swoich młodszych przyjaciół zaczął tłumaczyć. 
- Ten koleś z sąsiedniego toru przyczepił się do Gabrielle. Chlapali colą i w ogóle zachowywali się jak kretyni. W końcu straciliśmy cierpliwość i spuściliśmy im manto. 
- Wszyscy jednocześnie postanowiliście spuścić im man-to - powiedział Mac, kiwając głową. Wiedział, nie tylko z własnego dziecięcego doświadczenia, ale i także z lat pracowania w CHERUBIE i z tysięcy kar, które wlepił agentom za najróżniejsze przewinienia, że tylko część wyznania Kyle'a opiera się na prawdzie. Wiedział to też z raportu opiekunów, który dostał dwie godziny wcześ-niej, oraz czego oczekują cherubini, aby im powiedział - Przypuszczam zatem, że żadne z was nie jest bardziej winne od pozostałych. 
Kyle skłamał odpowiadając twierdząco, reszta pokiwała głowami na znak aprobaty na słowa kolegi. 
Mac z trudem utrzymywał rozbawienie sytuacją, więc zacisnął zęby, żeby się nie uśmiechnąć i wycedził. 
- Rozumiem. Skoro zależy wam, żebym to potraktował w ten sposób, niech tak będzie. Wiedzcie jednak, że rozmawiałem z wychowawcami, którzy byli świadkami bójki, i sądzę, że mam dość dokładną wiedzę na temat przebiegu wydarzeń. - Tu spojrzał znacząco na Gabrielle i Jamesa, po chwili milczenia kontynuując - Nie powinie-nem wam mówić, jak poważne konsekwencje mogła mieć ta bijatyka. Przecież wpajano wam to do znudzenia. Jaka jest pierwsza zasada, która obowiązuje agentów przebywających poza granicami kampusu? - zapytał. 
Usłyszał chór znudzonych głosów. 
- Nie wychylać się. 
- Nie wychylać. - powtórzył Mac, kiwając głową. - CHERUB jest organizacją tajną. Bezpieczeństwo wa-szych kolegów wypełniających w tej chwili rozmaite mi-sje opiera się na tym, że nikt nie wie o naszym istnieniu. Kiedy jesteście poza kampusem, macie zachowywać się tak, by nie zwracać na siebie uwagi. Macie unikać kłopotów za wszelką cenę, nawet prowokowani w brutalny i oburzający sposób. Czy wyrażam się jasno? 
Od razu otrzymał odpowiedź twierdzącą. Starał się zachować powagę, lecz był naprawdę zmęczony i ostatkami sił zachowywał kamienną twarz. 
- Dzisiejszego wieczoru wielu ludzi miało okazję podzi-wiać waszą biegłość w walce wręcz. Nie sądzicie, że są teraz szalenie ciekawi, kim jesteście i gdzie grupa malców mogła nauczyć się tak zaawansowanych technik sztuk walki? Wyobrażacie sobie, w jakie bagno byśmy wdepnęli, gdyby jeden z zaatakowanych przez was chłopców odniósł poważniejsze obrażenia? Wiem, że jesteście dobrze wyszkoleni i macie wystarczająco dużo rozsądku, by używać minimalnej siły, ale wypadki się zdarzają. Wasze szczęście, że mam znajomości w miejscowej policji. Tylko dzięki mnie nie siedzicie teraz w areszcie, czekając na rozprawę. A teraz przejdźmy do waszych kar. 
Dochodziła dwunasta. Mimo to dzieci podniosły wzrok i ożywiły się nieco. Mac otworzył szufladę i spoj-rzał na notatkę, którą sporządził dla siebie po przeczytaniu raportu opiekunów. 
- Po pierwsze, każde z was ma zakaz opuszczania kampusu przez następne cztery miesiące - oznajmił Mac - Po drugie, ponieważ wciąż mamy za mało agentów i rozpaczliwie potrzebujemy świeżej krwi... 
Mac wyciągnął notkę oraz plik ze standardowymi planami zadania. 
- Po jednym dla każdego i do widzenia. 
Gdy cherubini wyszli, opadł na swój fotel bez sił. Spojrzał raz jeszcze na notkę w dłoni, na której było napisane o sześciu miesiącach zakazu, misjach rekrutacyjnych, o dwustu dodatkowych okrążeniach na bieżni i o pomocy dla ogrodnika. Westchnął głęboko. 
- Terensie McAfferty, robisz się miękki... - powiedział z wyrzutem do siebie. Zaraz potem dodał do intercomu - Jeżeli jeszcze nie poszłaś, byłabyś moim aniołkiem i zrobiłabyś mocną, czarną kawę dla mnie. Padam, po prostu padam... 


Aktualizacje


Autor tego opowiadania-książki prawdopodobnie ma zamiar opublikować kolejne rozdziały. Dlatego miło by było gdybyśmy go do tego zachęcili. Możecie wysyłaś mi na maila jassaww@gmail.com krótkie notki zachęcające do publikowania kolejnych części ja je wszystkie razem wyślę do autora.


Oświadczenie


Oświadczam, że opowiadanie nie zostało napisane przeze mnie. Jest dziełem i własnością Marka Kilona.


Kontakt

Jeśli czegos nie wiecie, macie jakiś problem, coś was gryzie... napiszcie na pewno wam pomogę:)

Proszę przysyłać także uwagi spróbuję wszystko poprawić:)

Wszelkie newsy o których jeszcze nikt nie wie też możecie przysyłać:)

e-mail: jassaww@gmail.com

Dziękuję!